W tym artykule zwracam uwagę na element, który chyba rzadko jest uwzględniany przy wyborze, a potem przy ocenie pracy pełnomocnika procesowego. Tymczasem mógłby on dać klientom czy potencjalnym klientom lepsze rozeznanie nie tylko co do tego, czy dany pełnomocnik dysponuje wiedzą i doświadczeniem, ale i tego, czy umie zastosować je w praktyce. Jaki to element? Zapraszam do lektury.
***
Wyobraźmy sobie klienta kancelarii prawnej: przedsiębiorcę albo menadżera w spółce. Najczęściej będzie to człowiek zaradny, kompetentny, znający się na tym, co robi. Ale niespecjalnie znający się na prawie. Jak taki ktoś ma ocenić, czy zawodowy pełnomocnik, któremu powierzył prowadzenie ważnej sprawy sądowej, dobrze wykonuje swoją pracę? Albo — co jeszcze ważniejsze — jak ma ocenić, czy dobrze wykona swoją pracę pełnomocnik, któremu dopiero zamierza powierzyć taką sprawę do prowadzenia? Brak wiedzy prawniczej i sądowego doświadczenia bardzo mu tę ocenę utrudnia. Z drugiej strony to właśnie ten brak wiedzy i doświadczenia jest przyczyną, dla której w ogóle chce on zaangażować zawodowego pełnomocnika. Jak wyjść z tej pułapki?
Oczywiście, klient może posłużyć się którymś ze sposobów powszechnie stosowanych w takich sytuacjach w praktyce. Może więc zatrudnić prawnika, którego ktoś mu poleci. Może poszukać specjalisty z tej dziedziny prawa, której dotyczy jego spór. Może wreszcie, zależnie od środków, którymi dysponuje, zwrócić się po pomoc do mniej lub bardziej renomowanej kancelarii. Te sposoby się nie wykluczają, lecz przeciwnie — często wzajemnie się uzupełniają (prawnik uznany jako specjalista w danej dziedzinie często będzie pracował w renomowanej kancelarii; prawnik polecany przez innych często będzie się specjalizował w danego rodzaju sprawach itd.). Każdy z nich ma jednak pewne słabości, które powodują, że nie daje gwarancji dobrego wyboru. Przyjrzyjmy się im po kolei.
Dlaczego znajomy czy partner biznesowy mógł polecić naszemu hipotetycznemu klientowi określonego prawnika? Najczęściej dlatego, że ten prawnik wygrał dla niego sprawę. Ale to nie musiała być sprawa podobna do sprawy naszego klienta. Stąd fakt, że polecany prawnik dobrze sobie z nią poradził, niekoniecznie oznacza, że tak samo dobrze poradzi sobie z inną (może tak być, ale nie musi). A nawet jeśli sprawy były podobne, nie jest wcale powiedziane, że polecający wygrał właśnie dzięki świetnej postawie swojego pełnomocnika. O wygranej w sporze sądowym decyduje cały splot czynników. Jakość zastępstwa procesowego jest jednym z nich. Ale tylko jednym. I na ogół wcale nie najważniejszym. Ważne jest to, jakie były fakty sprawy; jakimi dowodami dysponowały strony dla ich wykazania; czy w odniesieniu do spornych kwestii prawnych istnieje utrwalone orzecznictwo, a jeśli tak, to jakie itd. Nie oznacza to oczywiście, że wybór pełnomocnika nie ma znaczenia. Wysoka jakość reprezentacji może doprowadzić do wygranej w nieoczywistej sprawie (a zasadnicza większość spraw jest nieoczywista); niska — do przegranej w oczywistej. Sęk w tym, że osoba polecająca prawnika, który „wygrał” dla niej sprawę, zazwyczaj nie wie, jakie czynniki zdecydowały o tej wygranej — i czy jednym z nich było to, że jej pełnomocnik był dobry. Bo na jakiej podstawie (tu wracamy do pytania postawionego na początku) miałaby to ocenić?
No to może zatrudnić specjalistę? Świetnie, tylko jak go znaleźć? Wydaje się, że klient ma trzy możliwości. Po pierwsze, może zwrócić się do prawnika, który jest powszechnie znany jako specjalista. Jednak takich osób publicznych wśród prawników nie ma zbyt wiele, a poza tym przeszkodą może być cena usługi. Po drugie, może zwrócić się do prawnika, którego ktoś mu polecił jako specjalistę (o czym już była mowa). Po trzecie, może kierować się informacjami pochodzącymi od samych prawników, przede wszystkim treścią stron internetowych kancelarii. Te chętnie podają, że kancelaria czy poszczególni prawnicy specjalizują się w określonych rodzajach spraw czy zagadnień. Jednak mniej chętnie wyjaśniają, na czym to specjalizowanie się polega, tj. na jakiej podstawie mamy uznać, że dany prawnik jest specjalistą w tym akurat zakresie. A jeśli nawet, to na ogół sprowadza się to do twierdzenia, że jest specjalistą, bo prowadził już wiele takich spraw. To oczywiście może coś znaczyć (zwłaszcza że w sporach sądowych doświadczenie jest często więcej warte od teoretycznej wiedzy). Ale może też nic nie znaczyć. Bo jak w życiu, tak i w prawie: można robić coś sto razy i sto razy źle. Lepiej więc, gdy poza twierdzeniem o wielu sprawach (a swoją drogą, ile to jest wiele: 5, 10, 50?) strona internetowa pokaże nam jeszcze, że prawnik wypowiada się na dany temat, że publikuje, w tym w profesjonalnych wydawnictwach. To już daje spore prawdopodobieństwo, że zna się na rzeczy. Ale nadal nie daje pewności, bo i publikować można rzeczy mniej lub bardziej sensowe, a klient nie-prawnik tego nie oceni. Nawet gdyby chciałoby mu się tracić czas i te publikacje przeglądać.
Została jeszcze renoma kancelarii. O których kancelariach można powiedzieć, że są renomowane? O najbardziej znanych, a więc generalnie tych największych. Ich rozmiar nie wziął się oczywiście znikąd. Wynika on z sukcesu biznesowego, za którym zwykle stoi jakość (ale też dobre umiejętności marketingowe!). W praktyce jednak główną przewagą wielkich kancelarii jest właśnie skala: mogą obsłużyć więcej spraw i większe sprawy niż inni. Nie muszą być jednak merytorycznie lepsze od wszystkich. Przy wielkich, kilkusetosobowych zespołach prawników byłoby to zresztą trudne. Nikt nie ma magicznego patentu na rekrutację samych najlepszych. Stąd w wielkich zespołach obok prawniczych gwiazd (zwykle partnerów) są też, jak wszędzie, prawnicy przeciętni. Dlatego nawet znany „brand” i wysoka cena nie dają gwarancji, że sprawa zostanie poprowadzona dobrze. Zwłaszcza jeśli nie jest wielomilionowym międzynarodowym arbitrażem i nie będzie na co dzień, z pisma procesowego na pismo, przyciągać uwagi „gwiazd”.
Jeśli chodzi o tradycyjne sposoby — to tyle.
Co w takim razie może jeszcze zrobić klient, żeby zwiększyć swoje szanse na wybór dobrego pełnomocnika? Bardzo prostą rzecz. Może się zainteresować i posłuchać, co ten prawnik mówi, oraz przeczytać, co pisze. I zobaczyć, czy jest to zrozumiałe. Co ważne, nie chodzi tu o komunikację marketingową ani ogólną rozmowę o sprawie („Tak, jesteśmy zdania, że ten spór da się wygrać, chętnie się podejmiemy”). Chodzi o meritum — prawne meritum — sprawy. Pełnomocnik powinien być w stanie wyjaśnić klientowi, o co chodzi w jego sprawie pod względem prawnym. Jakie fakty trzeba będzie wykazać, żeby wygrać? Czego potrzeba (w szczególności jakich materiałów od klienta), żeby je wykazać? Dlaczego wygrana zależy właśnie od nich? Na jakie pytania prawne będzie musiał odpowiedzieć sobie sąd, żeby wydać wyrok? Co do jakich kwestii sąd może mieć wątpliwości? Jaki jest pomysł pełnomocnika, żeby te wątpliwości rozwiać na korzyść klienta? Jaka jest jego ogólna koncepcja argumentacji w sprawie? Po rozmowie z prawnikiem lub po przeczytaniu napisanej przez niego opinii prawnej czy e-maila wszystko to powinno być dla klienta jasne.
Dlaczego to ma znaczenie? Bo zagmatwany „profesjonalny” język wcale nie świadczy o rzeczywistym profesjonalizmie. Wręcz przeciwnie — często ukrywa brak dogłębnego zrozumienia sprawy. I brak wiedzy o wiążących się z nią zagadnieniach prawnych. Może też wskazywać, że pełnomocnik nie przemyślał dostatecznie sprawy i nie ma jasnej koncepcji, co i po co należy o niej powiedzieć. A mówiąc brutalniej, ma chaos w głowie. Oba te problemy mogą też występować łącznie. I oba mogą być maskowane pseudoprofesjonalnym żargonem, który sugeruje klientowi, że pełnomocnik nie jest zwykłym śmiertelnikiem jak on, tylko należy do jakiegoś magicznego kręgu wtajemniczonych. To, co doradza, należy wobec tego przyjmować na wiarę, nie starając się zrozumieć, dlaczego tak, a nie inaczej. To samo dotyczy oczywiście argumentacji, którą formułuje w sprawie. Jeśli wydaje się niezrozumiała, chaotyczna czy niekonsekwentna, to dlatego, że klient z natury rzeczy nie jest w stanie jej pojąć — tak jak prosty Indianin z natury rzeczy nie mógł pojąć, dlaczego szaman wykonuje takie, a nie inne ruchy, tańcząc taniec deszczu. Za tą zasłoną dymną zazwyczaj jednak nic się nie kryje i jeśli argumentacja wydaje się niezrozumiała, chaotyczna i niekonsekwentna — to zazwyczaj taka właśnie jest. I tak też będzie odebrana przez sąd.
Wyjaśnijmy jednak: nie chodzi tu o to, że pełnomocnik używa specjalistycznych terminów z języka prawnego lub prawniczego. Tego nie da się uniknąć. Prawnik musi mówić i pisać o roszczeniach, przedawnieniu, terminach wymagalności itp. Ale w razie potrzeby może (i powinien) je wyjaśniać. I nie musi używać do tego zdań poczwórnie złożonych ciągnących się przez trzy linijki tekstu i całych w stronie biernej; nie musi zapełniać ich urzędyzmami (np. „w przedmiotowej sprawie”) ani terminami, które tak naprawdę nie są specjalistyczne (bo nie występują w przepisach i niczego nie wnoszą), tylko pretensjonalne (np. „judykat” zamiast „wyrok” czy „orzeczenie”). Itd., itd.
Z kolei gdy pełnomocnik wypowiada się prosto i jasno, a jego komunikat wydaje się spójny i wyczerpujący, to najpewniej doskonale rozumie on sprawę. I ma przemyślaną koncepcję, jak ją poprowadzić. A w każdym razie prawdopodobieństwo jest bardzo wysokie. Jest tak z uwagi na generalną prawidłowość, że kto jasno się komunikuje, ten również jasno myśli. Ta zasada nie działa w drugą stronę, tzn. zdarzają się ludzie, w tym prawnicy, którzy bardzo jasno myślą, a tylko nie umieją tego jasno wyrazić. Klient nie ma jednak żadnych narzędzi, żeby to sprawdzić. Dlatego jedyne, co można powiedzieć takim ludziom w kontekście wyboru pełnomocnika, to niestety that’s too bad. Ponadto, aby przystępnie i zwięźle wyjaśnić komuś coś trudnego, trzeba to bardzo dobrze zrozumieć, dotrzeć do samej istoty rzeczy, wydestylować esencję. W rezultacie już sam proces wyjaśnia klientowi, o co chodzi w sprawie, przyczynia się do jej lepszego zrozumienia przez pełnomocnika. Także on sam, a właściwie: przede wszystkim on sam, musi sobie bowiem uświadomić, o co w niej chodzi. Jak słusznie mówi przysłowie, nauczając innych, uczmy i siebie.
To samo dotyczy wyjaśniania istoty sprawy sądowi w pismach procesowych. Co zresztą jest łatwiejsze, kiedy pełnomocnik wcześniej wyjaśnił ją już klientowi. Nie bez przyczyny wielu czołowych amerykańskich adwokatów występujących przed Sądem Najwyższym wspomina w wywiadach, że przed przedstawieniem swojego stanowiska w piśmie czy na rozprawie starają się je wyjaśnić członkom swoich rodzin, żonom, a czasem nawet dzieciom. Jeśli bowiem zrozumieją je oni, to tym bardziej zrozumie je sąd (a bez rozumienia nie ma przekonywania, czyli wypowiedź pełnomocnika nie może spełnić swojej podstawowej funkcji). W typowej sytuacji pełnomocnik nie musi iść jednak tak daleko. Wystarczy, aby zadbał o zrozumienie sprawy przez swojego klienta, a to powinno zapewnić zrozumienie jej także przez sąd.
Dlatego klient powinien być w stanie przeczytać pismo procesowe napisane przez swojego pełnomocnika i zrozumieć jego istotę, tj. do czego pełnomocnik chce przekonać sąd i za pomocą jakich argumentów. Szczegóły, zwłaszcza szczegółowe informacje dotyczą poglądów orzecznictwa i doktryny, mogą być skomplikowane, ale klient powinien móc rozumieć, na czym polega dany argument i być w stanie ocenić czy tak po ludzku wydaje się spójny i przekonujący. Jeśli jest w stanie, to kolejny sygnał, że pełnomocnik dobrze wykonuje swoją pracę; jeśli nie — to sygnał alarmowy.
Wszystko to nie dotyczy oczywiście absolutnie każdego klienta. Jest pewien poziom upraszczania, poniżej którego nie da się zejść bez utraty treści. Zdecydowanie dotyczy to jednak każdego klienta-przedsiębiorcy i każdego klienta-menedżera. Człowiekowi z wyższym wykształceniem lub z dużym doświadczeniem życiowym, a takimi osobami są ci klienci, da się bowiem w dziedzinie prawa zrozumiale wyjaśnić wszystko. Wszystko. O ile klient jest zainteresowany (to też bardzo ważne!) i o ile pełnomocnik sam to rozumie i chce mu się podjąć wysiłek, żeby to klientowi wyjaśnić.
Wypływa stąd bardzo ważny wniosek: jeśli pełnomocnik nie komunikuje się zrozumiale, to albo nie potrafi, albo nie chce podjąć wysiłku. I jedno, i drugie nie jest zbyt dobrą rekomendacją, aby to jemu klient powierzył swoją sprawę. Wystarczy zatem słuchać i czytać, a wybór dobrego pełnomocnika stanie się prostszy.





